Znalezisko nad wodą

Rozmawiamy sobie wesoło z Gospodarzem wypoczynku, nieopodal Augustowa o szczupakach. Śmiejemy się, że w zeszłym roku płynął taki 10 centymetrowy koło nas..
On w jeszcze większy śmiech i mówi: Nie ma tu szczupaków już! Kiedyś były, teraz wyłapali, nie ma.
W dniu następnym, chłopaki z braku brań na wędce, mieli wielki ubaw, zbierając dwu centymetrowe rybki, a to w podbierak, a to na packę, służącą do pacania bzyczących much. Nie powiem, żeby mi się to podobało, ale inaczej by się młodzież zanudziła. W końcu, starszy krzyczy: Tato, tato, mam szczupaka, cztery szczupaki!!!
Wyobrażacie sobie co pomyślałem.. Ale syn mówi, tata idzie spojrzeć, bez słowa zwątpienia. Nie będę pisał co chodziło mi wtedy po głowie, bo każdy na zdjęciach zobaczy to samo i pewnie podobnie pomyśli. Przynajmniej każdy, kto idąc na ryby nie myśli aby się nażreć pysznego mięska.
Na pewno żaden nie miał regulaminowych 50 centymetrów, na pewno też już nie będzie miał. Teraz nasuwa się pytanie, dlaczego nie ma ryb? Tu akurat szczupaczki w roli głównej.
Bezczelnie rzucone resztki w miejscu połowu. Serce się kraja, a dzieci smutne, bo rybek brak. Do tego z wielkim zastanowieniem w głowie, po tym jak wyjaśniłem, skąd wzięło się takie znalezisko w jeziorze i jak się to stało. Złapaliśmy kilka uklejek, kilka miniaturowych jazgarzy, które Pan synio starszy z uśmiechem na ustach wyjął. Wszystko, na 3 dni. Po za spławikiem i podbierakami pospinningowali. Jak zwykle, bez rezultatów, za to z wielką nadzieją.

Żabia rewia

Przedwczorajsze rybki, 7.07.2015 zakończyły się zdecydowanie przedwcześnie. Miałem posiedzieć do zachodu słońca, jednak zmęczenie po nocy powstrzymało mnie aby jeszcze, choć na dwie godziny zostać nad wodą. Rybki były cztery… Byczek, dwa karasie i chyba kiełbik. Gorąc oznaczył brązem zacnie moje plecy no i nie tylko! Inspiracją wyjazdu była żaba, która pozowała jak rasowa modelka. Nazbierało się ich przy brzegu, gdyż zmontowałem 3 metrowe grabie, no i po pas w wodzie starałem się wygrzebać z dna wodorosty! (30 minut męki, a grabki ciężkie… Może następnym razem skończę, może jutro?) Bagniste i muliste pnącza zwabiły ją momentalnie. Młodsze i mniejsze zaś uciekały, kiedy podchodziłem. Ta jedna, dumnie stała i patrzyła. Blisko byłem uchwycenia momentu kiedy pożera larwę, gdyż rzuciłem kilka pinek pod jej nos. Niestety, widać na zdjęciach robaka, a na drugim już przyklejony kawałek patyka do żabiego pyska, który jak rzep przyczepił się do niego podczas skoku na mięso. Kolor jak słyszałem od znawcy jest zasługą mułu w którym żaba przebywa. Podobno to tez jedna z naszych najbrzydszych! 😛
Niezadowolenie wzbudza we mnie fakt, iż pierwszy raz tak długo widziałem wydrę. Zwykle był to skrawek zszyty z kilku sekund. Tu, dumnie płynęła po tafli wody aby po chwili zanurzyć się i wypłynąć jeszcze bliżej mnie, jakiś metr dalej pod krzakami. Chwilę tak jeszcze się porozglądała i dała nura, zapewne do swojego lokum. Jakąś chwilę po złapaniu okiem tej chwili szukałem panicznie aparatu ale nie chciałem stracić jej, więc sobie darowałem zdjęcia… Ten leżał przede mną. 😛
Dzięki Ka za żabie info! :*

P.S. Zdjęć nie magikowałem wyjątkowo, po za zmniejszeniem nieco!

Na odparowanie 27.04.2015

27.04.2015, ciężki dzień od samego rana. Zaspałem nieco do pracy, co się nie zdarza. Na miejscu okazało się, że moja koleżanka zastąpiła mnie sprawnie i po nieciekawym rozwoju spraw, już o 9 z małym groszem wracałem do domu. Tam.. chwila namysłu i pakowanie standardowego wyposażenia, które prawie zawsze było w objęciach mojego wzroku. Szybki trucht po schodach na dół, do garażu, aby zamontować wędki na rowerze i już jadę. Padł pomysł aby tak oczyścić głowę. W końcu uwielbiam rower, przyrodę, wędkarstwo, brakowało tylko ciężkiej pracy do całości, ale to już było zaplanowane na dzień następny. Cała droga praktycznie już kilometr za moim domem wiedzie wzdłuż nowej trasy na Poznań. Widać na zdjęciu zielono białe ekrany.. Droga drogą, a ludziom z Piastowa zrobili przy okazji deptak. Cała, wspaniała, pusta prawie dojazdówka przy murze. Po drodze minąłem kilka ciekawych miejsc gdzie robiłem zdjęcia kiedyś i wpadłem na pomysł aby zrobić teraz jak jeszcze od ziemi nie odrosło, ale pomyślałem, gdzie ja znajdę te zdjęcia? To rozwiązało problem częstszych postojów. Kilka oczywiście było i zostało uchwycone przez oko, niestety tylko z telefonu. Droga wiodła fajną trasą, choć znaną mi doskonale, wciąż lubiłem nią jeździć. Może dlatego, że często w takich sytuacjach nią jeździłem i pewnie pomagało.. Oczywiście głowa jak baniak, bo na niej dwie wielkie słuchawy i muzyka na max głośności. Tak, jadąc około 22km na godzinę, całkiem szybko znalazłem się na miejscu. Gdybym wiedział jak będzie się rozwijać sytuacja, pojechał bym do Brwinowa, jakieś 10km dalej, a tak zjechałem w uliczkę, nieco od trasy i zaraz byłem nad wodą z którą łączy mnie wiele sentymentów.
Nad tą wodą piłem z kolegami pierwszy napój wysoko % w życiu, nie tylko zlizując z kieliszka. Tu wiele razy przyjeżdżaliśmy się kąpać, tak ze dwadzieścia lat temu, może dwadzieścia kilka, w podstawówce, chyba od trzeciej klasy. Dalej nie będę opowiadał, temat umilkł niestety, a babcię kolegi z którym jeździłem tam przed/podczas/po szkole, odgrodził właśnie biało zielony mur.
Na brzegu, przy drodze siedziało dwóch panów. Wywiedziałem się, że biorą takie maleństwa jak palec. To mnie nie zraziło oczywiście, więc udałem się na drugą stronę. Co stało się dalej, niech pozostanie poniższym skrótem całej godziny, przez którą plątało mi się wszystko, a jak już zmontowałem zestaw, to od razu zaczepiłem i zerwałem. Tak przez około godzinę, na dwie wędki. .
Na spokojnie, przecież to relaks. I faktycznie, udało mi się przeżyć trudne chwile i zarzucić obie wędki na wodę. Ech, mówili, że biorą, a ja nie miałem nawet brania hehe. Po jakiejś półtorej godziny miałem oba zestawy już na powrót zerwane, więc dałem sobie spokój. Spakowałem graty na rower, połaziłem w około trochę i ruszyłem w drogę powrotną. Pojechałem inną trasą, ponieważ nie lubię jeździć w dwie strony tą samą drogą. Tyczy to się chyba tylko roweru. Będąc na wysokości skrętu prowadzącego do Żbikowskich glinek, zobaczyłem coś, co już kilkukrotnie mignęło mi przed oczyma. Kawałek pola za poszarpaną, drucianą siatką w gęstwinie drzew i krzaków, a za nim drzewa w różnych sytuacjach. Zaciekawił mnie kontrast, który tam występuje, więc kuląc się jak ośmiolatek na drzewie, dostałem się na skraj pola i objąłem wzrokiem.
W sumie, żaden ze mnie wędkarz, żaden fotograf, a z tej trójcy, wpajam sobie i otoczeniu, że na rowerze jeżdżę nieźle, wróć, bardzo dobrze! 😛
Mimo tego, całokształt wyjazdu sprawił mi dużą przyjemność i dał upragniony spokój. Chyba zbyt wcześnie, bo uciekłem do domu jeszcze przed zachodem, który planowo, miałem oglądać siedząc nad wodą.

Miejsce do którego się udałem mieści się w Duchnicach, pod Warszawą. Niektóre ilustracje poniżej. 🙂

Rodzinne wyprawy wędkarsko – rekreacyjne. U Nas "C&R" nabiera nowego znaczenia – Collect & Recycle!